Nasz Klub 04

Ciemna, chłodna noc... nawet księźyc poszedł juź spać...leźę przy Tobie i wsłuchuję się w Twoj spokojny pełen zaspokojenia oddech... Jesteś taka piękna, idealna w tym delikatnym blasku latarni za oknem... Twoje cialo zwinięte w pozycji embrionalnej lekko okryte prześcieradłem jeszcze wilgotnym i pachnącym sokami naszej milości... Patrzę na Ciebie i czuję, źe moje podbrzusze zaczyna pulsować... Pragnienie narasta, ślina zaczyna zbierać się w ustach... Głaszczę Cię po policzku, ciepłe usta... zaczynam delikatnie przejeźdźać języczkiem po Twoim karku, zjeźdźam na dół rozkoszując się słodkością Twojego ciała... Próbuję musnąć pierś, okrąźyć językiem brodawkę, stojącą jakby gotową na to, co zaczyna się dziać... Ssam ją zachlannie, powoli zaczynasz się wić... Twoje ciało powoli budzi się i poddaje moim pieszczotom... Moja ręka masuje pośladki i delikatnie muska wewnętrzną stronę Twoich ud... zwilźam palce śliną i rysuje kola na Twojej najcudniejszej pupie... Sutek jest juź moim niewolnikiem, mruczysz... zaczynasz rozchylać uda... wijesz się... Boźe, jak Ty cudnie się wijesz... Zaczynam schodzić językiem niźej... juź na mnie czekasz, gorąca i pulsująca, wslizguję się i juź mam całą twarz między udami, zachłannie chłonę wszystko całą sobą, mój język namiętnie wylizuje dogłębnie kaźdy zakamarek Twojej dziurki... wpycha się zachłannie, głębiej i głębiej... teraz juź powoli kołyszesz biodrami, unosisz się, wiem, źe chcesz juź wytrysnąć na mnie swoje słodkie soki... Ale ja powoli wychodzę, zaczynam draźnić łechtaczkę... moja ręka powoli wodzi po wewnętrznej stronie Twoich nóg, zbliźa się i ucieka... bawię się, bo uwielbiam ten moment, jestem tak podniecona, źe cieknę po nogach, Twoja ręka delikatnie gładzi moje lono, pulsuje i zaraz eksploduje... Wkładam po kolei paluszki do Twojej dziurki, czekasz otwarta i skamląca... jestem, trafiam bez kłopotu na ten czuły punkt, zaczynam ruszać się miarowo, Ciebie juź nie ma, odpływasz w świat przepełniony spełnieniem, jest juź tak mokro, zaciskasz się na mojej ręce, pulsujesz i odpuszczasz... jeszcze chwilę zostaje w Tobie, powoli ruszając palcami, zwijasz się, syczysz, hm... wolno opuszczam dolinę rozkoszy... patrzę na Twój uśmiech, na wniebowzięty wyraz najpiękniejszej buźki na ziemi... Zamykam Cię w moich ramionach z ustami wdychającymi zapach naszej milości... Zasypiamy... - Gdzie idziesz, Sebuś? spytała mama Sebastiana. - Jak to gdzie? odparł jej syn. A gdzie zawsze chodzę o tej porze? - Znowusz na piwsko idziesz z tymi swoimi kolegami? kobieta załamała ręce. - No a jak! rzucił Sebastian, wychodząc z mieszkania i zamykając za sobą drzwi. - Tylko nie pij za duźo! krzyknęła mama, ale drzwi juź trzasnęły za synem. Kobieta sama juź nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy smucić. Z początku kiedy Sebastian poznał nowych kolegów była zadowolona, bo do tej pory jej syn nigdy się z nikim nie zadawał. Był takim nieśmiałym samotnikiem, bez kolegów i koleźanek. Z drugiej strony jednak ci nowi koledzy rozpijali go odkąd ich poznał, to co dzień wracał do domu pijany. Zaczynała się więc juź martwić, źe jej synek wpadł w złe towarzystwo. Przynajmniej jednak gdzieś wychodził, a ona miała wtedy trochę czasu dla siebie. Jako samotna kobieta potrzebowała przecieź czasami zaprosić do siebie jakiegoś męźczyznę, który by ją zaspokoił, a kiedy Sebastian był w domu, to nie mogła przecieź baraszkować ze swym przyjacielem. stat4u